Szukaj na tym blogu

sobota, 16 lutego 2013

Opowiadanie : Godziny oporu ( część 5 z 9 ) obyczajowe

ich prześladowców w postaci watah rozjuszonych tzw. stróżów prawa. Na ulicach absolutna cisza i pustka, ludzie jakby zapadli się pod ziemię, gdzie niegdzie pojedyncze światło w oknie, ale szybko gasły jedno po drugim. Ludzie mieli już dosyć piętna Stanu Wojennego, choć trwał on dopiero dwa miesiące. Po chodnikach spacerowali lub stali na skrzyżowaniach ulic, patrole złożone z ZOMO i wojska. Ogrzewali się przy dymiących koksownikach, rozstawionych prawie przy każdym skrzyżowaniu i ważniejszych miejscach miasta. Bartek już nie po raz pierwszy chodził po godzinie milicyjnej, ale dziś jakby coś przeczuwał, ba nawet jak szedł do Anki, to czarny kot przebiegł mu drogę, ale chłopak nie brał za bardzo tego do głowy. Szedł sobie znaną drogą, do domu miał może jakieś 200-300 m, cisza w koło, ciemności oświetlał śnieg leżący na trawnikach. Gdzieś w oddali było słychać krzyk jakby bitej osoby, ale zaraz to ucichło. Już widział kontury swojego bloku, gdy nagle:
- Stój łapy do góry, dokumenty – krzyknął znienacka jakiś gruby zachrypiały głos.
Pod Bartkiem ugięła się ziemi i bez namysłu dał w długą przez płot, który w strachu pokonał tak jak w 1980 r. skoczył Władysław Kozakiewicz w pamiętnym konkursie skoku o tyczce. Chłopak biegł jak oszalały w kierunku odwrotnym gdzie mieszkał.
- Stój k...a bo zastrzelę – ryknął ten sam głos i przeładował automat kierując w kierunku uciekającego.
-, Co poje...ło ciebie czy co chcesz strzelać do swojego – krzyknął drugi z zomowców, kierując broń tego pierwszego w kierunku ziemi – i tak go złapiemy, tu 15 w waszym kierunku oddala się młody mężczyzna, 18 słyszysz mnie, powtarzam...
- Ja bym tych gówniarzy powystrzelał jak kawki, albo powysyłał na Sybir, to byłby spokój ku..a mać, przez nich muszę łazić po nocach, tak bym sobie po przytulał się do jakiejś panienki, ot cholera jasna...i co z tym małolatem?
- Ciszej, musisz teraz tak gderać jak stara panna po ślubie czy co, do jasnej ciasnej – krzyknął do zomowca dowódca patrolu.
Tymczasem Bartek z sercem w piętach czaił się między śmietnikiem a podstacją elektryczną. Bał się samego siebie, bo wiedział, że z ZOMO nie ma przelewek ani żadnej dyskusji, tylko ładują do samochodu i wywożą gdzieś w nieznane miejsca. Tam czekają na takich jak on specjalne ścieżki zdrowia, niekończące się przesłuchania, szykany, drwiny i pomiatanie człowiekiem. Nie miał planu, co dalej robić. Gdzie się udać, miał pustkę w głowie? Pragnął być teraz ze swoją ukochaną, to za chwilę chciał już być u siebie w domu, tysiące myśli przewijało się u niego przez głowę w ciągu sekundy. Tak myśląc usłyszał jakieś kroki ciężko stąpające, usłyszał też cichą rozmowę dwóch lub trzech mężczyzn, „to na pewno oni” – pomyślał i cichutko przesunął się do początku ścianki śmietnika, wypatrzył w ciemnościach jakąś postać na balkonie bloku, który sąsiadował ze śmietnikiem, ta postać jakby paliła papierosa. Powoli zaczął się przesuwać w kierunku owej postaci i syknął w jej kierunku. Zomowcy jakby odeszli od śmietnika i Bartek wykorzystał ten moment, podszedł bliżej bloku mieszkalnego zorientować się, kto zaś tam stoi na balkonie. Już widział zarysy tej postaci i chciał cos powiedzieć, gdy nagle zaczepił się nogą o jakąś blachę i narobił rabanu, że usłyszeli to zomowcy.



Piąta część opowidania obyczajowego : GODZINY OPORU.
rys. aut.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...