Szukaj na tym blogu

wtorek, 10 listopada 2015

Opowiadanie : Godziny oporu ( cześć 2 z 9 ) obyczajowe - powtórka )


również zdradziła z kolegą i w końcu wyjechała z rodzicami do innego miasta. Anka zaś uczyła się w Technikum Rolniczym i chodziła do klasy trzeciej.
         Bartek już z oddali zauważył w oknie swoja dziewczynę oczekującą na niego. Było już ciemno, gdzieniegdzie przeszedł przechodzień znikając gdzieś w podwórkach. Na ulicy było więcej patroli jak zwykłych mieszkańców. Chłopak przeszedł koło patrolu stojącego najbliżej budynku, gdzie mieszkała Anka. Stało trzech barczystych zomowców, jeden z nich spojrzał się na Bartka z zamiarem wylegitymowania, ale pozostali usłyszeli w oddali okrzyki „ Precz z komuną, zomowcy to bandyci”. Więc zostawili chłopaka w spokoju i pobiegli w kierunku okrzyków. Bartek szybko doszedł do drzwi, które otworzyła Anka. Pocałował ją na przywitanie i objęci poszli do pokoju na piętro.
- Cześć wszystkim – ogólnie rzucił przywitanie.
- A część, cześć Romeo, co tak późno, czyżby znowu zomowcy poganiali ciebie – zaśmiał się chłopak koleżanki Anny – my tu już, myśleliśmy, że nie przyjdziesz?
- Chciałbyś żeby tak było, to mógłbyś mi odbić mój skarb – uśmiechnął się zalotnie do swojej dziewczyny wyjmując z reklamówki prezent – proszę to dla mojego aniołka w tak ważnym dniu dla Ciebie moje ty kochanie, mój ty pączuszku.
- Dziękuję kochanie, o ja! Tak marzyłam o tej encyklopedii – podskoczyła z radości do góry rzucając się w objęcia Bartka – ty to wiesz, czym mnie uszczęśliwić, kocham ciebie – szepnęła do ucha.
Objęci jakby zapomnieli, że jeszcze oprócz nich jest są inni w tym pokoju. Całowali się namiętnie tak, że pozostali odwrócili się od nich nie przeszkadzając im. A oni zapomnieli o całym świecie i o tym, że na dworze panuje Stan Wojenny.
- No dobrze Romeo, koniec tych amorów, choć zaśpiewamy 100 lat dla jubilatki, chodźcie późna pora a jest jeszcze tyle gorzały do opróżnienia – zawołał Romek chłopak koleżanki Anny, Beaty.
- A co nikt nas nie wygania na mróz - zauważył lekko wstawiony kolega Romka, Robert przytulając się do swojej dziewczyny Jolki.
- Dobra panowie pół tonu ciszej, bo może dziś przyjechać gospodarz i będzie po imprezie – stwierdziła stanowczo Anka, siadając na kolana Bartka.
- I jak tu opuszczać taki statek, kiedy płyną takie pasażerki – odrzekł Bartek przytulając Ankę mocno do siebie – toć to grzech zostawiać takie piękno na pastwę losu.
Towarzystwo coraz głośniej się zachowywało, pomimo reprymendy Anki, która z czasem też, co raz głośniej się odzywała do zebranych. Słychać ich było na ulicy, gdzie nieopodal stali przy koksowniku zomowcy. Od czasu do czasu spoglądali w kierunku okna, z którego dochodziły owe głośne rozmowy.
- Żeby tak można było tam zajść i łyknąć po kielichu – zamamrotał jeden z zomowców.
- I jeszcze spałować tych gówniarzy, a panienki przelecieć, to byłaby zabawa, ha,ha, ha - zawtórował drugi z nich, śliniąc się językiem.
-, Ale może dziś coś upolujemy i na gardło, i na korzenia – zaśmiał się trzeci z nich.
- Jasne, że trzeba coś zakombinować, co do tych tam na górze to trzeba ich odpuścić, tam mieszka ten były komendant gliniarzy, to lepiej odpuścić- zauważył jeden z nich.





trzecia część wkrótce 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...